Oceleć od zapomnienia

Ocalić od zapomnienia

plenderuuk

Licznik odsłon

042025
Dzisiaj
Wczoraj
W tym tygodniu
W tym tygodniu
W tym miesiącu
W zeszłym miesiącu
Wszystkie dni
27
64
278
41340
1763
2264
42025
Twój adres IP: 3.235.105.97
2020-09-25 01:09

Organizacje i stowarzyszenia

Wiesław Hop (ur. w 1963 r.) mieszka na Podkarpaciu. Z wykształcenia filozof. Zanim poświęcił się pisarstwu, był nauczycielem, a później policjantem, w tym przez kilkanaście lat komendantem Komisariatu Policji w Birczy na Podgórzu Przemyskim i poznawał życie od jego mrocznej strony...
     W swoim dorobku pisarskim ma trzy powieści: Spacer ze śmiercią, Wbrew woli i Poranek pełen nadziei, które zostały dobrze przyjęte przez czytelników, a dwie ostatnie z nich, w rankingu sprzedaży sieci sklepów internetowych `Dobre powieści i opowiadania`, zajmowały czołowe miejsca, osiągając tam status bestsellerów. Jego opowiadania były nagrodzone w konkursach literackich i publikowane w wielu czasopismach. W 2014 roku został przyjęty do Związku Literatów Polskich.
     Przed wyrokiem, to oparta na wydarzeniach autentycznych, niezwykle mocna, pasjonująca opowieść o prawdziwym człowieku, o jego losie i walce o prawo do życia, do miłości, szczęścia i sprawiedliwości, w czasach, gdy w otaczającym go brutalnym świecie czai się zło, zdrada, gwałt i chichocząca do poduszki, podstępna, nieczuła śmierć...
Ta książka zaskoczy i zmusi do refleksji każdego czytelnika.

Facebook

(część czwarta)
 
Drewniane schody skrzypiały niemiłosiernie za każdym stąpnięciem. Adrenalina robiła swoje - powietrze gęstniało. Wydawało mi się, że czuję ostry, gryzący w nozdrza zapach potu, jaki wydziela osaczony człowiek – mężczyzna w chwili największego zdenerwowania. Wzrastające z każdą sekundą napięcie wisiało złowróżbnie nad naszymi głowami, jak przysłowiowy miecz Demoklesa. W dodatku Zbigniew nie chciał być gorszy ode mnie. Usiłując jak najszybciej wedrzeć się na górę, bezceremonialnie deptał mi po piętach.

- Jest pan tam, panie Machaj? Proszę się odezwać – zagadnąłem, wsuwając głowę – miałem wrażenie - w mroczną, najeżoną ostrymi kłami, złowieszczą paszczę krokodyla, która w każdej chwili mogła się zatrzasnąć. Odpowiedziała mi grobowa cisza, więc ruszyłem dalej, trzymając w lewej ręce latarkę, a w prawej, w każdej chwili gotowy do użycia, odbezpieczony pistolet. Jeszcze nigdy nikogo nie zabiłem, ani nawet nie strzelałem do człowieka, ale teraz, gdyby Frankensztajn chciał wygarnąć do nas z dwururki, byłem gotowy uprzedzić go i w odpowiednim momencie pociągnąć za spust.
Gdy tylko moje oczy znalazły się na wysokości podłogi górnego pomieszczenia, omiotłem światłem skąpaną w ciemności przestrzeń. Byłem bardzo ostrożny, żeby nie zrobić jakiegoś głupstwa, bo wydawało mi się, że stoimy na beczce prochu i wystarczy jeden nie przemyślany, niepotrzebny ruch, jedna iskierka, jeden niewielki płomyczek zapałki, żeby ten cały domek, a w raz z nim Frankensztajn i my, z wielkim hukiem, wyleciał w powietrze. W dodatku przez cały czas miałem w pamięci swoją pierwszą, prawdziwą, policyjną akcję, która sporo mnie nauczyła.
 
Dzisiaj wydaje się to niemożliwe, ale kiedy, wiele lat temu, w Przemyślu zaczynałem robotę gliniarza, przez jakiś czas chodziłem do służby w patrolu interwencyjnym kompletnie bez jakiegokolwiek wyposażenia, w cywilnym ubraniu.
Pewnego razu, o świcie, wraz z moim partnerem Michałem, kierowcą radiowozu, który był doświadczonym policjantem około czterdziestki – facet słynął z tego, że w czasie interwencji w restauracji Trojka na ul. Lwowskiej, w walce wręcz, pokonał awanturującego się mistrza Polski w zapasach wagi ciężkiej w stylu wolnym - technikiem kryminalistyki i detektywem z kryminalnego zostaliśmy wysłani do Stubna. Oddalonego o trzydzieści kilometrów od Przemyśla miasteczka gminnego, gdzie w nocy ktoś włamał się do garażu i ukradł motocykl marki jawa 350.
Po przybyciu na miejsce operacyjny szybko wytypował prawdopodobnego sprawcę i kierunek jego ucieczki, więc ruszyliśmy jego tropem. W pewnym momencie, gdy jadąc pośród uprawnych pól, w kierunku Medyki, dotarliśmy do drewnianego mostku na potoku, po przeciwnej stronie pojawił się czerwony motocykl. Na widok radiowozu, kierowca skręcił w polną drogę, porzucił motocykl (oczywiście marki jawa). A sam przepadł w bezkresnym łanie dojrzewającej kukurydzy. Rozstawiliśmy się w tyralierę i ruszyliśmy za nim w pościg, ale pole było długie, ciągnęło się chyba z półtora kilometra, aż do Sanu, więc nic nie wróżyło, że zdołamy go dopaść.
Wtedy pomyślałem sobie, że jeżeli pobiegnę wzdłuż skrajnej bruzdy, to wyprzedzę złodzieja i będę mógł zaskoczyć go na końcu uprawy, gdzie na pewno nie będzie się mnie spodziewał.
Moi kompani nie byli jeszcze w połowie drogi, kiedy ja, zdyszany, przykucnąłem za kępą krzewów. Nie czekałem długo, bo jeszcze nie odetchnąłem, gdy włamywacz wyłonił się z kukurydzy i pewny, że pościg pozostawił daleko za sobą, spokojnym krokiem ruszył w kierunku widocznej w oddali kładki na rzece. Wyszedłem mu na spotkanie.
Pomimo, że nie miałem żadnych środków przymusu, byłem pewny, że uda mi się go obezwładnić.
- Stój! Odrzuć kask i podnieś ręce nad głowę!– powiedziałem. – Jestem policjantem, aresztuję cię za kradzież z włamaniem. Jakikolwiek opór nie ma najmniejszego sensu.
Jednak on nie zastosował się do mojego polecenia. Uskoczył w bok, ale był zbyt wolny. Zastąpiłem mu drogę. Doszło do zwarcia. Złodziej wykorzystał kask, który trzymał w ręce. Trzasnął mnie w głowę. Poczułem wstrząs, jakby koń walnął mnie kopytem, który mnie kompletnie oszołomił. Na szczęście, równocześnie z jego uderzeniem, z rozpędu, wyprowadziłem prosty cios z lewej ręki, który odrzucił go ode mnie na kilka metrów i powalił na ziemię. Zerwał się jednak szybko na nogi, zanim zdołałem go dopaść, po czym z wysokiego brzegu skoczył w głębokie, porośnięte szuwarami zakole starorzecza; i brodząc, zanurzony po szyję, w mulistej ciemnej mazi zniknął mi z oczu...
Udało się nam go zatrzymać dopiero osiem godzin później w zasadzce przy kładce na rzece San, którą musiał przejść, aby powrócić polami w rejon Stubna. Okazało się, że był to cholernie niebezpieczny recydywista, karany za rozboje z użyciem niebezpiecznych narzędzi, który niedawno opuścił zakład karny.
 
Teraz, bogatszy o tamto i wiele innych, późniejszych, podobnych doświadczeń, stąpałem po schodach, jak kot po rozżarzonej blasze. Gdy tylko wysunąłem czubek głowy ponad podłogę, a nikt nie wygarnął do mnie z dwururki, moje wyostrzone do granic możliwości receptory, w świetle latarki, zarejestrowały, że na podłodze, w samym kącie pomieszczenia, pod jakimś meblem leży czerwony nabój do strzelby, który świadczył o tym, że jesteśmy we właściwym miejscu.
Frankensztajn leżał na wznak, na szerokiej drewnianej pryczy, z głową wysoko opartą na zagłówku. Miał na sobie kompletne ubranie, buty na nogach, jakby w ogóle nie kładł się tej nocy, szeroko rozwarte, szkliste oczy i wyglądał jak trup, bo nie zareagował, kiedy skierowałem na niego snop światła z mojej latarki. Poruszył się dopiero, gdy zapaliłem stojąca na stole lampę gazową, bo w domku nie było elektryczności. Wtedy też zauważyłem, że za przepierzeniem, w głębokim fotelu siedzi, sparaliżowana strachem, niemłoda już kobieta. Jak się później okazało, żona naszego „gospodarza”. Prawdopodobnie jej obecność wpłynęła na to, że Frankensztajn zachowywał się tak spokojnie. Chłop miał stalowe nerwy albo obawiał się, że zostanie zastrzelony, przy najmniejszej próbie oporu.
- No, bratku, a toś sobie nagrabił. Posiedzisz teraz za kratami kilka lat. Jeżeli nie chcesz pogorszyć swojej sytuacji, gadaj szybko, gdzie ukryłeś broń! – powiedział Zbigniew, sapiąc między zdaniami, jak kowalski miech. Widać było, że spodobała mu się prawdziwa, policyjna robota.
Frankensztajn jednak nie dał się podpuścić. Był doświadczonym przestępcą, który na konfliktach z prawem zjadł zęby. Podał tylko swoje dane personalne, a dalej milczał jak kamień. W żaden sposób nie zamierzał ułatwiać nam roboty. Również jego żona skorzystała, z przysługującego jej, jako osobie najbliższej, prawa do odmowy składania zeznań.
Niewiele jednak mu to pomogło. W czasie przeszukania domku i przyległego do niego terenu – już przy dziennym świetle – udało nam się odnaleźć kilka schowków, z których wydobyliśmy pół wiadra amunicji do sztucera i broni gładkolufowej. W pasiece pszczelarskiej znaleźliśmy poroże jelenia z czaszką oraz kilka, ukrytych w ulach, poroży koziołków. Tylko broni – pomimo użycia aż dwóch psów tropiących i wykrywacza metali – nigdzie nie było.
Dużo później, Frankensztaj, gdy udało nam się trochę „zaprzyjaźnić”, w nieoficjalnej rozmowie, potwierdził, że trzyma ją daleko od swojego domku, w leśnym schowku, w specjalnie zrobionej do tego celu, plastikowej, hermetycznej tubie. Ale tego, przecież, domyślaliśmy się od samego początku.
W toku prowadzonego w tej sprawie dochodzenia wyjaśniła się także sprawa braku tuszy zastrzelonej sarny, która myśliwi widzieli na ramieniu kłusownika. Okazało się, że Frankensztajn miał wspólnika z Rzeszowa, który przyjeżdżał i zabierał mięso ze skłusowanych zwierząt do miasta. Tamtego wieczoru także był w leśnej posiadłości Frankensztajna. Zabrał dwie sarny i jednego młodego dzika, i odjechał na kilka godzin przed naszym przybyciem.
Przy okazji w powolne młyny sprawiedliwości wpadł także jeden weterynarz, który zszedł na złą drogę, sprzeniewierzył się posłannictwu swojego szlachetnego zawodu i, od czasu do czasu, za dobrą opłatą, poza ewidencją, badał kłusownikom tusze upolowanych nielegalnie zwierząt. Ale to już temat na zupełnie inną historię.
Fakt, że nie udało nam się odnaleźć broni, świadczy o tym, że nadal gdzieś tam jest. Nie można, więc, wykluczyć, że jakiś myśliwy, czy leśniczy, spacerując po lesie któregoś popołudnia w rejonie Czarnych Młak, znowu natknie się na kłusującego Frankensztajna, który dawno już chyba – jeżeli po drodze nie przytrafiła mu się jakaś nowa odsiadka - opuścił więzienne mury, albo na jego młodszego „następcę”, któremu tamten przekazał swój nielegalny rynsztunek.
 
Wiesław Hop
W obecnym roku przypada setna rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości po okresie zaborów. Z tej okazji w całym kraju i za naszymi granicami, wszędzie tam, gdzie żyją nasi bracia i siostry, organizowanych jest szereg wspaniałych jubileuszowych uroczystości.
Szczycimy się naszą tysiącletnią historią, naszym krajem i jego osiągnięciami, bo jesteśmy dumnym i walecznym narodem, który nigdy nie pogodził się z tym, że na skutek wrogiej działalności

trzech sąsiadujących z nami mocarstw – ale także lekkomyślnej, krótkowzrocznej polityki możnych i ostatnich władców Rzeczypospolitej – pod koniec osiemnastego wieku Polska, na ponad 120 lat została wymazana z mapy Europy.

Cenimy naszą wolność, naszą możliwość stanowienia o sobie, bo nasi przodkowie zapłacili za to wielką daninę z życia, krwi i cierpienia. Bo wiele razy, wydawało się wbrew trzeźwemu rozsądkowi, mieli odwagę stawać do nierównej śmiertelnej walki z przeważającymi siłami wrogów, aby upominać się o Polskę, o polski naród; o to, żeby ich potomkowie mogli żyć w wolnym, niepodległym kraju. Żebyśmy mieli prawo i możliwość mówić, myśleć i marzyć po polsku...
Wśród tych niewątpliwych, wielkich - często już dzisiaj bezimiennych, bohaterów, bo czas zatarł o nich pamięć – było bardzo wielu myśliwych. Nie sposób jest podać w konkretnych liczbach, ilu myśliwych, na przestrzeni ostatnich wieków straciło, albo przynajmniej poświęciło swoje życie na walkę o odzyskanie i ugruntowanie niepodległości Polski.
Ograniczę się zatem do kilku najważniejszych postaci, które znamy wszyscy. Których, oprócz zamiłowania do myślistwa, łączył patriotyzm. Patriotyzm rozumiany, jako postawa umiłowania, szacunku i oddania własnej ojczyźnie, gotowość poświęcania się dla niej i narodu, walki o nią. Stawianie dobra własnego kraju ponad interesy osobiste oraz poczucie silnej, emocjonalnej i społecznej więzi z narodem, jego tradycją i kulturą.
Jednym z najważniejszych polskich bojowników – chociaż chyba nie walczył z bronią w ręku – który położył duchowe podwaliny pod polską niepodległość był, moim zdaniem, Henryk Sienkiewicz – sławny polski pisarz, patriota i myśliwy; laureat Nagrody Nobla, który swoimi dziełami literackimi rozsławił Polskę na całym świecie, a w kraju na jego wspaniałych powieściach („Potop”, „Pan Włodyjowski”, „Ogniem i mieczem”) miłości do ojczyzny, patriotycznych postaw uczyło się, i nadal się uczy, wiele pokoleń Polaków.
Kolejnym wielkim człowiekiem i myśliwym, którego chciałbym tutaj przywołać do „apelu”, jest Marszałek Józef Piłusudski, twórca Legionów Polskich i jeden z najważniejszych ojców naszej wolności, który całe swoje życie podporządkował, poświęcił jednemu celowi – odzyskaniu przez Polskę niepodległości. I cel ten osiągnął.
A myśliwym był wspaniałym, niezwykle etycznym, z rzadko spotykanym w owych czasach, wielkim szacunkiem dla przyrody i dziko żyjącej zwierzyny, który pobyty w łowisku często traktował jako pretekst to obcowania z naturą. A do zwierząt strzelał tylko wtedy, gdy było to niezbędne do pozyskania żywności. Wielu znawców tematu jest zdania, że zasady, którymi kierował się w łowiectwie miały wpływ na sposób uprawiania przez niego polityki i przyjęte formy walki o niepodległość.
Kolejną (myślę, że równie ważną, co Józef Piłusudski, Roman Dmowski, Wincenty Witos i Marcin Rataj) ikoną polskiej niepodległości – chociaż łowiectwa chyba nie uprawiał – był wielki, pochodzący z Podola, sławny na całym świecie, polski pianista Ignacy Paderewski, który marzył o wolnej Polsce i zabiegał o to w Ameryce, a gdy nadarzyła się okazja, w roku 1918, przyjechał do Poznania, gdzie swoim płomiennym przemówieniem przyczynił się do wybuchu Powstania Wielkopolskiego przeciwko Niemcom, a później stanął na czele polskiego rządu. O wielkości jego ducha niech świadczy fakt, że za własne pieniądze stworzył i uzbroił stutysięczną Armię Hallera.
I był jeszcze Ignacy Mościcki – w latach 1926 – 1939 Prezydent Polski, a wcześniej znany uczony z Politechniki Lwowskiej i Warszawskiej, i miłośnik łowiectwa, który na polowania jeździł najprawdopodobniej z samym Józefem Piłusudskim. Otóż człowiek ten był autorem ponad 40 opatentowanych wynalazków (jeden z najważniejszych to nowatorska metoda pozyskiwania kwasu azotowego z powietrza), z których niebagatelny dochód, gdy został prezydentem, przekazał państwu.
Było jeszcze wielu innych wielkich i sławnych Polaków, zakochanych w łowiectwie, którym zawdzięczamy naszą wolność. Do największych zaliczyć należy generała Władysława Andersa – dowódcę II Korpusu Armii Polskiej. I było tysiące zwykłych, szeregowych żołnierzy – takich jak Leopold Pac Pomarnacki przedwojenny leśnik i myśliwy, jeden z bohaterów bitwy pod Monte Cassino – którzy na wielu frontach, w kraju i za granicą, oddali swoje życie i przelewali krew za wolną i niepodległą Polskę.
W bieżącym roku przypada również 95 rocznica utworzenia Polskiego Związku Łowieckiego oraz 25 lecie „Łowca Galicyjskiego”. Dla myśliwych to także ważne uroczystości, które jednak pozostają w cieniu setnej rocznicy odzyskania niepodległości, bo bez wolnej Polski nie byłoby Polskiego Związku łowieckiego, „Łowca Polskiego”, ani „Łowca Galicyjskiego” w takiej postaci, jak jest dzisiaj.
Ale nie patrzmy tylko na myśliwych i nie szukajmy daleko. Cofnijmy się w myślach do roku 1918, do naszej Galicji – do Lwowa i Przemyśla, do najdzielniejszych z dzielnych, i najmłodszych bohaterów walki o wolność w tysiącletniej historii Polski, do Przemyskich i Lwowskich Orląt i oddajmy im należne honory. Wielu z nich, jeżeli nie większość, wychowała się i uczyła patriotyzmu w rodzinach o tradycjach myśliwskich, gdzie miłość do ojczyzny, tradycje walki o niepodległość i tęsknota za wolną Polską była chlebem powszednim. I uczmy się od nich.
Jesienią 1918 r., na skutek celowej polityki austriackiego zaborcy, Przemyśl i Lwów, i ich okolice, zostały ogołocone z oddziałów wojskowych składających się z żołnierzy narodowości polskiej. Zostali oni wysłani daleko od swojej ojczyzny, na front włoski, gdyż Austriacy obawiali się, że będą chcieli wykorzystać okazję, jaką było osłabienie zmęczonych I Wojną Światową, walczących ze sobą trzech zaborczych mocarstw, do utworzenia niepodległego państwa polskiego. Zaborca pozostawił natomiast, dobrze uzbrojone, liczne oddziały złożone z Ukraińców. To spowodowało, że gdy Ukraińcy, którzy również usiłowali na tych terenach stworzyć swoje państwo, podstępnie uderzyli na Przemyśl i Lwów, do walki z nimi, pod nieobecność ojców i dorosłych mężczyzn, mogła stanąć tylko młodzież ze związków strzeleckich, harcerze i uczniowie szkół. Postawiony sobie cel osiągnęli, obronili swoje miasta i polskość tych ziem. Jednak wielu z nich, a były wśród bohaterskich obrońców także dziewczyny, zapłaciło za to swoim młodym życiem.
Jednym z obrońców Przemyśla był, wówczas nieletni, późniejszy obrońca Westerplatte, lekarz medycyny, major Mieczysław Słaby, wraz z którym w walkach brała udział jego siostra i dwóch braci. W obronie Przemyśla walczył także, wówczas osiemnastoletni, Michał Karnas s. Józefa – ojciec Pana dr Henryka Karnasa, Naczelnego Rekadktora „Łowca Galicyjskiego” – który w czasie ataku na prawobrzeżną część miasta, po sforsowaniu Sanu, został trafiony w kolano odłamkiem granatu. A jego rówieśnik i przyjaciel o nazwisku Szancer, którego ojciec miał w Przemyślu dwa sklepy, w tym jeden z bronią, chwilę wcześniej, zginął na jego oczach. Nieprzyjacielska kula ugodziła go w sam środek czoła. Szacuje się, że w walkach w obronie Przemyśla i okolic, w okresie od 1 listopada 1918 do końca maja 1919 wzięło udział około 17 tyś osób. Za te heroiczne czyny wielu z nich zostało odznaczonych okolicznościowym medalem „Gwiazda Przemyśla”. Medal taki otrzymał również Michał Karnas.
Niepodległa Polska uhonorowała swoich najmłodszych obrońców, swoje Orlęta Lwowskie i Przemyskie okazałymi pomnikami i odznaczeniami państwowymi. W Przemyślu, przy Placu Konstytucji stoi piękny, odbudowany po II Wojnie Światowej pomnik Przemyskich Orląt, przy którym każdego roku mieszkańcy Przemyśla i okolic oddają hołd swoim obrońcom. Harcerze śpiewają pieśni.
Jedną z nich, chyba najwspanialszą – najlepiej oddającą atmosferę i historię tamtych listopadowych dni końca 2018 roku – która zrobiła na mnie niesamowite wrażenie, gdy przypadkiem, w wykonaniu drużyny harcerskiej Czarna Trzynastka Przemyska, trafiłem na nią w internecie, jest pieśń „Przemyskie Orlęta”, którą w 2006 roku napisał znany mieszkaniec Przemyśla, Andrzej Huk. Pozwólcie, że przytoczę ja w całości:
 

Przemyskie Orlęta

 
Prastary Sanie co się tu wijesz wokół zielonych wzgórz,
Sięgnij pamięcią w tamte lata, te trudne czasy dziejowych burz,
Przypomnij ludziom o młodych druhach, co wolną Polskę pragnęli mieć,
Co walcząc dzielnie o polski Przemyśl na polu chwały musieli lec.
 
Był to listopad, rok osiemnasty, w Europie koniec dziejowych dróg,
Kiedy w Przemyślu na starym mieście zdradziecko władzę przejął wróg.
W dalszych miał planach podbój Zasania i okolicę zająć chciał,
Lecz mu przerwała druhów gromada, każdy z nich w garści karabin miał.
 
Będziemy wzorem Orląt nad Sanem trzymać straż,
Na każde zawołanie odpowie hufiec nasz
I całym swoim życiem polskości tutaj strzec
Bo Polska to jest wieka rzecz.
 
Obrona brodów, odsiecz z Krakowa i wreszcie atak na drugi brzeg.
Most kolejowy, pociąg pancerny, w walce o dworzec porucznik legł.
Dnia następnego w samo południe armaty polskie zaczęły grać.
Szturmem zdobyty prastary Przemyśl zawsze przy Polsce będzie trwać.
 
Będziemy wzorem Orląt nad Sanem trzymać straż,
Na każde zawołanie odpowie hufiec nasz
I całym swoim życiem polskości tutaj strzec
Bo Polska to jest wielka rzecz.
 
Obrońcy grodu ruszyli dalej, gdzie bohaterskie boje wiódł Lwów,
Lecz od południa wśród gęstych lasów, spod Niżankowic wróg ruszył znów,
Na odsiecz poszła cała gromada, nie jeden dostał śmiertelny strzał.
Walcząc w obronie naszego miasta harcerz z gimnazjum życie swe dał...
 
Prastary Sanie rozgłoś legendę o bohaterach tamtych lat,
Nie zapominaj ofiary męstwa, które tu złożył młodzieży kwiat.
Nauczaj młodych by zawsze czcili obrońców miasta z tamtych dni
Którzy po walce w twym bystrym nurcie obmyli rany z zakrzepłej krwi.
 
Będziemy wzorem Orląt nad Sanem trzymać straż,
Na każde zawołanie odpowie hufiec nasz
I całym swoim życiem polskości tutaj strzec
Bo Polska to jest wielka rzecz.
 
Chciałbym żebyśmy i my, myśliwi i sympatycy łowiectwa, w śród których jest bardzo wielu ludzi wykształconych, wpływowych, opiniotwórczych, myślących patriotycznie, na bardzo ważnych stanowiskach, którzy często decydują o losach naszej Ojczyzny, wsłuchali się w słowa tej pieśni i tak jak harcerze z Czarnej Przemyskiej Trzynastki, powiedzieli sobie:
„Będziemy wzorem Orląt polskości tutaj strzec,
Bo Polska to jest wielka rzecz.”
Pamiętajmy o tym, szczególnie tutaj, na Podkarpaciu, żeby już nigdy, na skutek naszych zaniedbań i krótkowzrocznej, lekkomyślnej polityki, nasze dzieci i wnuki nie musiały składać świadectwa z polskości i miłości do wolnej i niepodległej Ojczyzny z daniny swojego życia i krwi.
 
Wiesław Hop

Jeżeli ktoś ma ochotę dowiedzieć się coś więcej na mój temat, zapraszam do lektury wywiadu, który przeprowadziła ze mną Pani Anna Ruda do Biuletynu Informacyjnego Gminy Bircza.

 

Czy w dzisiejszych czasach łatwo zaistnieć jako poeta lub pisarz? Jak pracować nad teksem, przełamać strach i jakich błędów należy unikać? Ważny jest talent czy sumienna praca? Odpowiedzi na te pytania udzielił pisarz, eseista i publicysta Pan Wiesław Hop.

Wywiad z Panem Wiesławem Hopem
 
Redaktor: Czy literatura zawsze była obecna w Pana domu rodzinnym? Pamięta Pan swoje pierwsze wybory literackie?

Wiesław Hop: Moi rodzice mieli gospodarstwo rolne, ponadto ojciec pracował w lesie, jako drwal, więc nie mieli czasu na czytanie, ale książki w domu zawsze jakieś były. Szczególnie dużo czytał mój starszy brat Ryszard. Czytała także babcia Anna, którą interesowały tematy religijne.
Gdy chodziłem do szkoły podstawowej, a były to lata siedemdziesiąte, we wsiach działały biblioteki, z których ludzie ochoczo korzystali.
Bardziej niż książki, z tamtego okresu, pamiętam fascynujące opowieści dziadka Franciszka, babci Anny i rodziców o historii, wojnie i ich przeżyciach z tym związanych. Przychodziła do nas także Rozalia Hop, ciotka mojego ojca, i opowiadała nam o książkach, które przeczytała. Jedna z nich utkwiła mi w pamięci. Była to powieść „Jeździec bez głowy”.
Ja tak naprawdę zacząłem czytać dopiero w pierwszej klasie liceum ogólnokształcącego, ale od tej pory nie mogę i nie chcę przestać. Jedną z pierwszych lektur, która zrobiła na mnie duże wrażenie była „Lalka” Bolesława Prusa. Dzisiaj w mojej rodzinie wszyscy czytają, bo jest to najlepsza i najwartościowsza rozrywka, która pozwala człowiekowi rozwijać się intelektualnie, lepiej rozumieć otaczający go świat i zachodzące w nim procesy...
R.: Może mało oryginalne będzie pytane, ale ciekawi nas, co skłoniło Pana do pisania?
W.H.: Sam tak do końca nie wiem, co skłoniło mnie do pisania. Ale myślę, że była to jakaś wewnętrzna potrzeba dzielenia się z innymi ludźmi swoimi historiami, swoimi przemyśleniami, która – w większym lub mniejszym stopniu – tkwi w każdym człowieku. A także i to, że zawsze miałem przekonanie, że dużo rozumiem z otaczającej nas rzeczywistości i mam coś do powiedzenia.
R.: Pana książki to powieści i opowiadania, w których porusza Pan problemy związane zarówno ze współczesną rzeczywistością, jak i osobowościowe bohaterów. Czy po podobną literaturę sięgał Pan we wczesnej młodości? A może już wtedy, kiedy był Pan chłopcem, pojawiały się pierwsze próby i pisanie „do szuflady”?
W.H: Lubię czytać klasyków, których dzieła przetrwały próbę czasu: Sienkiewicza, Żeromskiego, Iwaszkiewicza, Nowaka i Mysliwskiego...; a z zagranicznych autorów: Tołstoja, Bunina, Hemingwaya, z młodszych Puzo i Kinga (ale tylko najwybitniejsze dzieła „Zielona Mila” i „Skazani na Shawshank”)...
Nie sposób wymienić wszystkich autorów, których cenię i czytam, bo jest ich o wiele więcej. Chciałbym tak pisać, jak oni. Ale nie jest to łatwe do osiągnięcia z różnych powodów. To wspaniałe, kiedy człowiek może poznawać świat i życie, korzystając z wiedzy i doświadczenia tak wybitnych osobowości.
A co do moich pierwszych prób literackich, to ja praktycznie nie pisałem „do szuflady”. Zacząłem od opowiadań i artykułów, gdy byłem już dorosły. I robiłem w ten sposób, że gdy już coś napisałem, wysyłałem to do jakiejś gazety, dopiero gdy zostało opublikowane, zabierałem się do pisania czegoś następnego.
R.: Skąd bierze Pan pomysły na książki? Z podpatrywania rzeczywistości?
W.H.: Myślę, że tak. Życie, otaczająca nas rzeczywistość, zawsze pisze najlepsze scenariusze i jest kopalnią wiedzy i tematów dla pisarza. Sądzę, że korzystam dużo z własnych doświadczeń, ale jeszcze więcej z doświadczeń, przeżyć i mądrości innych ludzi...
R.: Pisarza w trakcie pracy wyobrażamy sobie siedzącego za biurkiem, na ktorym znajduje się sterta papierów i maszyna do pisania oraz kilka kubków po kawie. W nogach jakiś kocur... Jak wygląda Pana warsztat pracy, otoczennie podczas tworzenia, co Pan lubi mieć, co przeszkadza itp.?
W.H.: Żeby coś napisać, potrzebne mi jest pióro, papier i jakieś biurko lub stół w odosobnionym miejscu. To wystarczy jeżeli człowiek ma chęć, jakieś pomysły i dużo samozaparcia. Maszyna do pisania, a obecnie komputer, przynajmniej w moim przypadku, pojawia się dopiero w późniejszym etapie. Gdy piszę, lubię mieć w zasięgu ręki kubek z mocną herbatą. Pisanie, zwłaszcza powieści, to długa i ciężka praca, która wymaga systematyczności. Nagrodą jest satysfakcja, gdy się już uda doprowadzić rzecz do końca.
R.: Urodził się Pan w Birczy, pracował Pan jako nauczyciel i pełnił Pan funkcję komendanta Komisariatu Policji w Birczy. Czy ten Fakt ma odzwierciedlenie w treści i bohaterach Pana twórczości?
W.H.: Moja rodzina pochodzi z Huty Brzuskiej, ale mieszkaliśmy w Brzusce, w pobliżu granicy z Hutą, gdzie rodzice wybudowali dom. Urodziłem się w Birczy i tutaj byłem nauczycielem, a później zostałem policjantem. Pracowałem w Przemyślu i w Birczy, gdzie przez ostatnie trzynaście lat służby byłem komendantem. Oprócz tego, w młodości, dwa lata spędziłem w wojsku, przez rok pracowałem także w Zespole Zamkowo-Parkowym w Krasiczynie, gdzie obiecywano mi stanowisko przewodnika. Zdobyłem nawet zawód pracownika kulturalno-oświatowego oraz napisałem pracę „Monografia Zamku w Krasiczynie”. Później ukończyłem jeszcze Studia Filozoficzne na Uniwersytecie Rzeszowskim. Wiedza, którą tam zdobyłem pozwala mi lepiej rozumieć ludzi, świat i zachodzące w nim procesy, i jest bardzo przydatna pisaniu książek.
Piszę o tym, co mi jest znane i bliskie, dlatego Bircza i jej okolice, Pogórze Przemyskie i Bieszczady są stale obecne w moich utworach. Staram się promować nasz piękny region. Widać to szczególnie w moich opowiadaniach i artykułach, a także – chociaż może nie dosłownie – w powieściach. A moi bohaterowie, jeżeli można tak powiedzieć, mają wiele cech ludzi, z którymi zetknąłem się w realnym życiu, także pracy policjanta.
R.: Czy pisząc książkę, jest Pan jak malarz, który nie pozwala nawet zerknąć na zarys obrazu, dopóki go ie ukończy? Czy jednak chętnie podsuwa Pan część tekstu bliskim, aby wysłuchać ich sugestii?
W.H.: Nie, nie bronię dostępu do tego, co piszę. Lubię, gdy ktoś z moich bliskich, czy znajomych, ma ochotę to przeczytać i wyrazić swoje zdanie. Chociaż czasami drażnią mnie krytyczne uwagi, z którymi się nie zgadzam.
R.: Czy pisząc książkę zawsze zastanawia się Pan nad grupą odbiorców?
W.H.: Zawsze myślę o odbiorcach. Przeważnie piszę dla ludzi dorosłych i staram się, aby moje utwory podobały się, jak najszerszej grupie czytelników.
R.: Gdyby miał Pan znaleźć się w jednej ze swoich książek, to w której i dlaczego akurat w tej?
W.H.: Myślę, że w większym lub mniejszym stopniu jestem obecny w każdej z moich książek. Najbardziej chyba w powieści kryminalnej „Spacer ze śmiercią”. Sadzę, że tak jest z każdym autorem. Tego się nie da uniknąć. Ale nie wiem, czy chciałbym, tak do końca, przezywać wszystkie przygody moich bohaterów. Jeżeli chodzi o moje powieści, to najbardziej sobie cenię ostatnią „Przed wyrokiem”, bo jest to książka, którą, jak powiedział pewien mądry człowiek, który często bywa u nas na patriotycznych uroczystościach, każdy w Polsce, a szczególnie w Birczy, na Pogórzu Przemyskim i w Bieszczadach powinien przeczytać. A znany pisarz Stanisław Srokowski – współautor scenariusza do filmu „Wołyń” – napisał o niej bardzo pochlebną recenzję w „Gazecie Warszawskiej”. Jest to, oparta na wydarzeniach autentycznych, historyczna powieść sensacyjna, której główny wątek pokazuje, że i u nas bandy UPA zgotowały ludziom takie samo piekło, jak na Wołyniu... Ci którzy znają historię Birczy i okolic na pewno zauważą pewne podobieństwo niektórych książkowych postaci do autentycznych bohaterów z tamtych czasów...
R.: Czy w dzisiejszych czasach łatwo zaistnieć jako poeta lub pisarz?
W.H.: Nigdy nie było łatwo i dzisiaj też nie jest. Szczególnie wtedy, gdy człowiek porusza trudne tematy, mieszka w małej miejscowości, z dala od dużych centrów kultury, a ma odwagę podejmować próby wypłynięcia na szersze wody.
Jest to bardzo trudne, ale możliwe do osiągnięcia.
R.: Ważny jest talent czy sumienna praca nad tekstem?
W.H.: Liczy się praca, ale potrzebna jest także wiedza i wykształcenie – niekoniecznie potwierdzone dyplomami ukończenia wyższych studiów – bo jak mówi przysłowie „Z pustego i Salomon nie naleje”. Jednak odrobina talentu wydaje się być także niezbędna. Gdyby tak nie było, najlepsze książki do czytania pisaliby profesorowie, a przecież tak nie jest.
R.: Ciężko jest znaleźć wydawcę?
W.H.: Bardzo ciężko. Zwłaszcza dobrego, który będzie traktował pisarza, jamko równorzędnego partnera... Ale to dłuższy temat, bo wiele wydawnictw balansuje na granicy upadku, a rynek księgarski w Polsce, podobnie jak prasowy, w dużej mierze jest opanowany przez obcy kapitał, który na nas zarabia i dodatkowo preferuje książki z własnych kręgów kulturowych, gdyż na rozwoju i rozprzestrzenianiu się polskiej kultury kompletnie mu nie zależy.
R.: Czy dobry pisarz powinien się na kimś wzorować?
W.H.: Wszyscy się na kimś wzorujemy, więc dlaczego pisarze mieliby tego nie robić, zwłaszcza do czasu, aż wypracują sobie własny styl.
R.: Jakiej rady udzieliłby Pan osobom, które piszą do szuflady i boją się wyjść ze swoją twórczością do odbiorców?
W.H.: Dobrze, że piszą, bo to znaczy, że również czytają, rozwijają się, myślą, mają ambicje i coś do powiedzenia... A bać się, czy wstydzić nie ma czego. To raczej powód do dumy.
R.: W jakich momentach dopada Pana blokada twórcza?
W.H.: Trudno powiedzieć. Każdy ma chwile zwątpienia – słabsze i gorsze okresy. Ja też. Nie trwają one jednak dłużej niż kilka dni. Jeżeli mogę tak powiedzieć, po każdym potknięciu się, podnoszę i wyruszam w dalszą drogę... Piszę jednak głównie w jesieni i w zimie, na wiosnę i w lecie robię zbyt wiele innych rzeczy i zwyczajnie nie mam czasu.
R.: A jaki w życiu prywatnym jest WiesławHop, jakie ma zainteresowania, co lubi robić w wolnym czasie?
W.H.: Taki jak większość z nas. Mam rodzinę – żonę, troje dzieci i to jest dla mnie najważniejsze. Pochodzę z wielodzietnej rodziny i lubię utrzymywać bliskie kontakty z moim rodzeństwem. Poza czytaniem książek, kocham sport (najbardziej piłkę nożną), dobrą zabawę, muzykę i taniec. Lubię jeździć na rowerze i zwiedzać nowe tereny. Interesuję się zagadnieniami związanymi z przyrodą, lasem, ochroną środowiska, wędkarstwem i łowiectwem. Jestem jednym z redaktorów kwartalnika „Łowiec Galicyjski”. Poza tym, potrafię zrobić wiele rzeczy - wybudować altankę, ogrodzenie, a nawet ułożyć chodnik... Najbardziej jednak lubię pracę w ogrodzie i roboty stolarskie.
Bardzo rzadko biorę udział w konkursach literackich, ale zdobywałem nagrody za opowiadania, które piszę i publikuję w różnych czasopismach od trzydziestu lat. Było ich chyba kilkanaście. Wymienię tylko kilka: 1. Pierwsze nagroda w ogólnopolskim konkursie literackim na opowiadanie o tematyce wielkanocnej w Koninie, rok 1989. 2. Wyróżnienie w konkursie literackim na opowiadanie „Łowca Polskiego” w Warszawie, rok 1997. 3. Wyróżnienie w ogólnopolskim konkursie literackim w Ustrzykach Dolnych za opowiadanie o tematyce bieszczadzkiej, rok 2013.
Dotychczas wydałem cztery powieści: „Spacer ze śmiercią”, „Wbrew woli”, Poranek pełen nadziei” i „Przed wyrokiem”. A moja nowa powieść „O północy w Bieszczadach” w lipcu bieżącego roku została uhonorowana wyróżnieniem w konkursie „Książka warta wydania” zorganizowanym przez Wydawnictwo Poligraf.
Ponadto bardzo sobie cenię to, że w roku 2014 zostałem przyjęty do Związku Literatów Polskich, co nie jest łatwe do osiągnięcia i oznacza, że moje książki zostały dobrze ocenione i uznane za wartościowe przez dwunastoosobową Komisję Kwalifikacyjną w Warszawie złożoną z wybitnych pisarzy i poetów. Oprócz mnie, z terenu naszej gminy, do tego szacownego Związku, założonego jeszcze przez Stefana Żeromskiego, należał tylko mój brat Ryszard Hop.
R.: Dziękuję za rozmowę.
BIGB