Ruś Czerwona, po połu polska, po połu ruska, i łacińska i grecka była miejscem starcia żywiołów i trudu identyfikacji narodowej. To tu w XIX wieku pojawili się krwi ruskiej Polacy, z pochodzenia Rusini, którzy świadomie obrali sobie Polskę jako naród. Przy zaostrzeniu starć między dwoma bratnimi narodami, ci właśnie nowi Polacy obronę swej tożsamości okupili daniną krwi. Tak też było z moim antenatem.

Młody gniewny

Józef Zrajko przyszedł na świat w Sanoku r. P. 1907. Jego ojciec, Michał miał być adiutantem Petlury, a w 1920 r. zdobywać Kijów. Sprawa niepodległości Ukrainy zabrała go rodzinie, więc Józef nie zdążył poznać ojca.

Został wychowany na Polaka. Po sześciu klasach szkoły powszechnej wstąpił do wojska. W międzywojniu służył w 5 Pułku Strzelców Podhalańskich w Przemyślu, finalnie jako starszy sierżant.

Józef miał bardzo porywcze usposobienie – polski warchoł w najlepszym tego słowa znaczeniu. W rodzinnej wsi jako nastolatek często trafiał do aresztu za burdy i pobicia, jednak zawsze tego samego dnia wypuszczał go wuj, komendant policji. Mieszkańcy darzyli go szacunkiem (być może też strachem), z czego czynił sobie tytuł do większych uprawnień. Podobno rozpędzał wesela, na które we wsi nie był zaproszony, odczytując to jako obrazę swojej osoby.

Z tej porywczości nie pozwolono mu poślubić Marii. Jej ojciec (a mój prapradziad) będąc sołtysem a wcześniej żołnierzem C. K. Armii, a wiec osobą poważaną w swojej społeczności, życzył sobie dla córy kogoś bardziej statecznego. Ożenił się zatem z moją babcią, Janką, córką również austro-węgierskiego żołnierza poległego w I wojnie światowej.

A więc wojna

W 1938 r. po żniwach postanowił odwiedzić swego brata na Wschodzie, być może aż na Ukrainie sowieckiej. Kiedy wyruszył w drogę zastała go powódź, więc powrócił do Przemyśla. Podróż tę ponowił w sierpniu następnego roku. W drodze zastał go 1 września, wiec czym prędzej wracał (pieszo!) do macierzystej jednostki.

Do Przemyśla dotarł 17 września, więc od razu ruszył na Wschód. W Równem jego oddział został internowany bez walki. Niektórzy się zbuntowali, jednak zostali szybko rozbici.

Józef dostał 20 lat Sybiru. Z obozu jenieckiego wyjechał razem z innymi pociągiem. W drodze wyrąbali podłogę, dzięki czemu wszyscy żołnierze z tego wagonu uciekli przez tory, kiedy pociąg zwalniał. Po tym rozproszyli się i wracali do Polski.

Józef wędrował nocą, a za dnia spał w koronach drzew. Pewnego dnia zauważył polski oddział maszerujący przez środek Rosji. W euforii rzucił się do nich, jednak dopiero wtedy zauważył, że krasnoarmiejcy prowadzą ich do niewoli. Tak trafił do tego samego obozu, co pierwej.

W obozie szukał już sposobności do ucieczki. Dostał się tam do jakiegoś baraku, gdzie zabił Rosjanina i przebrał się w jego mundur z opaską NKWD. Tak wyszedł z obozu przez główną bramę, przyjmując honory od wartowników (jeżeli można tak to ująć w przypadku armii czerwonej).

Po ok. 20 dniach od internowania powrócił do Przemyśla. Kunsztował z sowietami i Niemcami, pozyskiwał informacje od nich pod przebraniem NKWD-sty. Kilku znajomych przeraziło się nie wiedząc, co się dzieje, jednak uspokoił ich, mówiąc, że potrzebuje jeszcze kilku dni.

Po tym przeniósł się do Birczy, gdzie z żoną i dziećmi (moim ojcem) zamieszkali w majątku żony. Szybko odnalazł kolegów i wszedł w struktury SZP/ZWZ/AK.

Bratnia krew

Na początku 1940 roku zmarła jego żona przeżywszy lat 27. W tym też czasie banderowcy spalili ich dom. Nie wiem, czy te dwa wydarzenia miały ze sobą związek z uwago na sprzeczne relacje. Być może konieczność ucieczki w zimie doprowadziło do zapalenia płuc, na które miała umrzeć.

Dalsze kilka lat spędził z Marią, niegdysiejszą sympatią, z którą pobrał się w 1941 r. i doczekał się troje następnych dzieci. Poza walką żył i gospodarował jak każdy w tej konspiracji. To on był obrońcą Birczy.

W okopie kiedyś towarzyszył mu mój ojciec (ur. w 1938 r.) podając swemu naboje. Widział oddział UPA, jednak ich granatowe mundury były sprane niemal do bieli. Zapytał, dlaczego mają białe mundury, na co Józef zażartował, że to Białorusini, co w pamięci dziecka pozostało.

Zdarzało się mu również pomagać żydom. Nie było możliwości, by żyli u niego (czy kogo innego) przez cały czas, więc zmieniali się, co jakiś czas wśród zaufanych rodzin polskich. Pewnego dnia żydówka Salcia (takie imię przetrwało w pamięci rodzinnej) przebywała u Józefa, kiedy przyszli Niemcy z kontrolą. Doniesiono im, że ten ukrywa żydów. Józef zamaszyście otworzył drzwi do izby, aby pokazać, że tam nikogo nie ma. Hitlerowiec spojrzał i poszedł dalej. Za tymi drzwiami stała właśnie Salcia. Gdyby została znaleziona, Józef z żoną i dziećmi (wtedy przynajmniej trójką) zostaliby rozstrzelani.

Po kapitulacji Niemiec UPA po raz kolejny spaliła dom Józefa. W porę zdążyli się schować w przydomowym bunkrze. Mój ojciec pamiętał, jak jego najmłodszy brat, Jan Mieczysław (ur. w czerwcu 1945 r.) był kneblowany przez własną matkę albo sąsiada (sprzeczność w relacjach), by nie płakał, przez co mógł zostać jako niemowlę uduszony. Gdyby jednak banderowcy usłyszeli jego płacz – zabiliby całą rodzinę, ale nie tak łagodnie, jak Niemcy.

Nowy porządek

Po Akcji Wisła, która uwolniła Polaków od banderowców, przeniósł się do Przemyśla. W wyniku ujawnienia się na podstawie amnestii w 1947 był przesłuchiwany przez bezpiekę. Do śmierci miał na paznokciach ślady po tym przesłuchaniu.

Należał do mikołajczykowskiego PSL, tak długo, jak istniał.

Nie wstąpił do wojska ludowego; w Przemyślu został zatrudniony jako kierownik robót Poczty Polskiej (słupy telegraficzne). Największą relikwią był w jego domu święty obraz; za nim była wklejona fotografia polskiego rządu z Prezydentem.

Z entuzjazmem przyjął Solidarność. W latach 80-tych snuł żarliwe marzenia o wieszaniu komunistów. Tym bardziej cieszył się, bo jego syn, Jan Mieczysław tę Solidarność tworzył, tak rzemieślniczą, jak później podziemie ogólno-solidarnościowe.

Urodzony pod koniec zaborów zmarł pod koniec komuny. Nie ujrzał wyczekiwanej przez lata prawdziwie wolnej Polski, inaczej niż jego syn, a mój ojciec, urodzony w II RP, a zmarły w najlepszych latach Trzeciej.

kpr. rez. Wojciech Zrayko,
wnuk st. sierż. Józefa Zrajko