Wystarczyło kilka minut, kilka zapałek, kilka kropli nienawiści. Jakaś szmata na drągu nasączona naftą, aby obrócić wniwecz dorobek kilku pokoleń rodziny gajowego Michała Pankiewicza oraz pokaźny wkład w nową rodzinę jego zięcia Wilhelma Michalskiego.

Gospodarstwo pradziadka było duże, bogate i zasobne. W tamtych czasach leśnicy byli ludźmi zamożnymi i szanowanymi. Po sąsiedzku stał piękny, nowo wybudowany dom brata babci Ludwiki. Babcia wspominała, że w tym czasie był najpiękniejszym domem w Birczy. Kryty dachówką. Z oszklonymi werandami z obu stron domu. W budowę domu zostały zainwestowane wszystkie pieniądze zgromadzone przez lata ciężkiej pracy w Kanadzie. Dziadek Wilhelm, przenosząc się do domu teścia, wniósł swoją ojcowiznę, kompletnie wyposażony warsztat szewski oraz swoje wykształcenie odebrane z Zgromadzeniu Ojców Salezjanów w Przemyślu.

Z tego wszystkiego, banderowski ogień nie zdołał strawić jedynie dwóch krów, szewskiego szydła oraz gipsowej figurki Matki Boskiej. Tyle pozostało po tych trzech rodzinach. W tych ciężkich chwilach Opatrzność Boża jednak czuwała nad dziadkiem uchroniła go przed genocidum atrox. Tylko, że tan doskonały rzemieślnik nigdy już nie powrócił do swojego zawodu. Z przymusu został rolnikiem i stróżem nocnym w birczańskiej spółdzielni. Z czasem zgromadził środki na budowę nowego domu. Trwało by to w nieskończoność, gdyby nie godna podziwu postawa nadleśniczego Nadleśnictwa Państwowego Bircza. W tym czasie obowiązki nadleśniczego sprawował były hubalczyk i dowódca miejscowej placówki Armii Krajowej pan Tomasz Bobowski. Znając beznadziejną sytuację bytową rodziny mojego dziadka, nadleśniczy sprzedał mu materiał na budowę całego domu po bardzo zaniżonych cenach. Pamiętam jak dziadek wspominał ten gest, to zawsze płakał. Po spaleniu starego domu, ta pięcioosobowa rodzina, zamieszkała w stajni u znajomego gospodarza. Było im tam przynajmniej ciepło od temperatury zwierząt i gnoju. Szansą na swoje stała się stara opuszczona, rozwalająca się chata. Mama wspominała, ze najbardziej bała się nocy w tym nowym miejscu, gdy z zakamarków domu wychodziło w niezliczonej ilości wszelkie robactwo. Jako, że była najmłodsza i najsłabsza spośród rodzeństwa, przypłaciła to utratą zdrowia. Bardzo ciężko zachorowała na tyfus. Wojskowi lekarze w Przemyślu orzekli, że tylko cud ją uratował.

Czy na takie same cuda musieli liczyć przesiedleni w operacji ,,Wisła”? Czy starą chatę z robactwem można porównać do murowanych domów i budynków gospodarczych z prądem i bieżącą wodą na Ziemiach Odzyskanych? Chyba nie. Tylko, że są jeszcze sfery niewymierne. Coś czego nie można porównać z niczym innym. To inna ziemia, inne powietrze, inny szum strumyka, czy inna grusza koło domu. Doskonale rozumiem tych, którzy przed śmiercią przyjeżdżają po raz pierwszy po wielu, wielu latach na zarośnięte pokrzywą gospodarstwa swoich ojców. Obejmują to przysłowiowe spróchniałe, owocowe drzewo w zdziczałym sadzie, i mówią, że już mogą umierać w spokoju.

Nie inaczej postąpiła moja prababka z Brzuski wywieziona - w ramach operacji „Wisła” do Wałcza na Pomorzu Zachodnim - wraz ze swoim drugim mężem Ukraińcem. Po latach wróciła do swojej córki z pierwszego małżeństwa, aby umrzeć na rodzinnej ziemi.

Do dzisiaj, tak do końca nie mogę zrozumieć, co kierowało moim dziadkiem, że pomimo tych wszystkich krzywd, łączenie z zamordowaniem rodzonego brata, zdobył się na to, aby uratować od zbezczeszczenia wnętrza świątyni greckokatolickiej w Birczy. Po wojnie i ustaniu walk z UPA, drzwi do świątyni były otwarte. Każdy kto tylko chciał, mógł tam wejść. A znajdowało się tam nienaruszone wyposażenie cerkwi oraz naczynia liturgiczne. Pomimo ogólnego dostępu, nikt nie poważył się, aby zniszczyć lub ukraść cokolwiek z wyposażenia cerkwi. Jednak, to co się działo było gorsze od kradzieży. Było to powszechne świętokradztwo polegające na profanowaniu wnętrza świątyni. Nie mogąc na to dłużej patrzeć, dziadek wraz ze swoim synem Czesławem oraz innymi mieszkańcami Birczy, przenieśli – za zgodą miejscowego kapłana – całe wyposażenie cerkwi na miejscową plebanię. Zaraz po tym, drzwi do cerkwi w Birczy zostały zamknięte na kłódkę, a inne wejścia zabezpieczono deskami.

Źli ludzie sprawili, że zasłona wspólnego przybytku „rozdarła się na dwoje z góry na dół”. A do dzisiejszego dnia, jeszcze nikt nie znalazł nici, aby ją zszyć i aby nastała zgoda pomiędzy Lachami i Rusinami.

Dokument wystawiony przez Posterunek Milicji Obywatelskiej Powiatu Przemyskiego w Birczy w dniu 9 stycznia 1946 roku.

 

 

Zaświadczenie

Zaświadcza się iż Ob. Michalski Wilhelm zam. w Birczy gmina Bircza został spalony w czasie napadu na Birczę dnia 7 stycznia 1946 roku. Spalone zostało dom, stodoła, odzież, umeblowanie, inwentarz martwy, wszystko zboże i ziemniaki. Powyższy uratował jedynie własne życie i dwie krowy. Na utrzymaniu powyższy ma 5 osób. Zaświadczenie niniejsze wydaje się na post. na nieobecność Wójta gminy zbiorowej w Birczy.

 

Komendant Posterunku MO

Winiarski

 

 

 

Świadectwo Krystyny Michalskiej napisane na prośbę Instytutu Pamięci Narodowej w związku ze śledztwem w sprawie domniemanego dobijania jeńców UPA przez żołnierzy Wojska Polskiego.

 

Mariusz Drel